Achema 1997
    Jednym z kluczowych zadań ujętym w tegorocznym planie koła SKN “SKRUBER”, a zarazem spędzającym sen z powiek niektórym jego członkom, jest ambitny zamiar zorganizowania wyjazdu na Międzynarodową Wystawę-Kongres Inżynierii i Aparatury Procesowej, Ochrony Środowiska oraz Biotechnologii.

    Odbywająca się we Frankfurcie n. Menem – już po raz 26-ty – wystawa ta, a zarazem kongres naukowo-techniczny, jest szczególnym miejscem spotkania ludzi i firm z całego świata, umożliwiającym bezpośrednią wymianę poglądów w zakresie szeroko pojętej branży inżynierii i aparatury procesowej oraz inżynierii środowiska.

Aby uzmysłowić rozmiar tego przedsięwzięcia warto przytoczyć kilka liczb:

    - powierzchnia wystawowa ok. 150 000 m2,

    - liczba wystawców ponad 3000,

    - liczba zwiedzających (wg danych szacunkowych) ok. 500 000.

Profil działalności wystawców jest sklasyfikowany w grupy tematyczne, których obrazowy schemat przedstawiono obok (kliknij na rysunek). 

fota

Oczywiście, wycieczka ta będzie trudna do zrealizowania, jednak wielu z nas jest dobrej myśli i będziemy dokładać wszelkich starań aby sprawę tę sfinalizować. Optymistycznym atutem jest fakt, że w roku 1997 naszym starszym kolegom taka sama “impreza” się udała i to w pełnym tego słowa znaczeniu – por. Wiadomości Uczelniane nr 2(65)/97 (tekst poniżej).

Reminiscencja (tekst: Wiadomości Uczelniane nr 2/97):

    "... w dniach 9-14 czerwca grupa studentów Studenckiego Koła Naukowego “SKRUBER” miała przyjemność uczestniczyć w międzynarodowej wystawie ACHEMA’97. Wystawa, której hasła kluczowe stanowiły: inżynieria i aparatura procesowa, ochrona środowiska oraz biotechnologie, jest w zamyśle “przedstawieniem wyścigu natury człowieka z formami postępu technicznego, które przy wszystkich z nim związanych korzyściach niosą za sobą także problematyczne konsekwencje, postępujące z dotychczas nieznaną szybkością”.

    Warto zwrócić uwagę na stronę organizacyjną wystawy. Busy kursujące wewnątrz terenu wystawowego (na odcinkach 500-1000 m), tak przydatne po kilku godzinach zwiedzania, to nie wszystko, co przygotowali organizatorzy. Pasaże między halami wystawowymi wyposażone są w ruchome chodniki, co znacznie przyspiesza przemieszczanie się w interesujące miejsca. Z parkingów, dość nieraz odległych od miejsca wystawy, transport zapewniają autobusy (dojazd pod wejście główne zajmuje zaledwie kilka minut). Wszystkie te udogodnienia wliczone są oczywiście w cenę karty wstępu.

Wrażenie robią sale wykładowe, a w zasadzie urządzenia audiowizualne tam zamontowane. Oprócz ogromnego ekranu każdy ze słuchaczy posiada do swojej dyspozycji personal translator, który pozwala na odsłuch w czterech językach: angielskim, niemieckim, francuskim i hiszpańskim. Dla tych, których to nie interesowało, pozostawały restauracje, ulokowane na ogół w strategicznych miejscach hal wystawowych. Niestety, kieszeń polskiego studenta nie mogła sprostać wymaganiom atrakcyjnego menu, więc najczęściej pozostawały skrzętnie ukryte w czeluściach plecaków kanapki, popijane (o zgrozo) ciepłą oranżadą – gorąco było, nie tylko od słońca..

Mimo wielu udogodnień stworzonych przez organizatorów, wręcz niemożliwe było odwiedzenie wszystkich stanowisk wystawowych. Bardzo miłe podejście wystawców stwarzało jednak niezatarte wrażenie swobody. Wiele fachowych określeń wymagało objaśnienia ze strony wystawiających, co oczywiście starali się robić, zachowując do końca pogodną twarz. Nieraz sami starali się nawiązać rozmowę.

Znamiennym jest fakt, że znajomość dwóch języków: niemieckiego i angielskiego, stanowiła fundament porozumiewania się z klientem, choć niekiedy słyszało się rozmowy w językach naszych południowych i wschodnich sąsiadów. Miłe było natomiast, gdy język polski (kilka potwierdzonych zdarzeń) stanowił punkt wyjścia dla konwersacji.

Jako że tereny wystawowe znajdowały się w city, w czasie wolnym – a było go niestety bardzo mało, ponieważ cel wyjazdu był jasno nakreślony – ulice centrum Frankfurtu stawały się, co dla odważniejszych, celem wypraw krajoznawczych. Prócz licznych salonów piękności na Kaiserstrasse, wrażenie robiły oszklone wieżowce (jak się okazało, większość z nich to banki). Do zaplanowanych atrakcji należało m.in. zwiedzanie muzeum architektury, które zajmując dwa piętra leciwego budynku udostępniało zwiedzającym ok. 100 fotografii “black & white”, ukazujących historię architektury miasta (wstęp wolny za okazaniem międzynarodowej legitymacji studenckiej). Niezapomnianych wrażeń dostarczyła podróż parowcem po Menie, z którego pokładu podziwiać można było miejsca bardziej i mniej urocze (np. złomowisko sprasowanych samochodów). Również wieża sławnej frankfurckiej katedry (328 naprawdę stromych schodów) nie oparła się strudzonym krokom studentów. Bo to co naprawdę dawało się we znaki, to kilometry treningu w chodzie. Licząc średnio 3-5 km/h przez ok. 6-8 godzin dziennie. Uff.

Jednak doskonała organizacja wypoczynku: dmuchane materace i przytulne namioty, jak też liczne imprezy towarzyszące, pozwalały na pełną regenerację sił. Więc każdy dzień, od poniedziałku do piątku, zaczynał się radosnym śniadaniem. Warto nadmienić, że wieczorami odbywały się liczne konkursy z zakresu wiedzy ogólnej (jak też przedmiotowej wystawy), których ostrym kryteriom postawionym przez opiekuna grupy sprostać mogli jedynie najlepsi. Na zwycięzców czekały jednakwspaniałe nagrody, więc rywalizacja przybierała niekiedy dość nietypowe formy. Nierzadko zdarzały się próby przekupstwa, jednak reguły były nieugięte - słabsi (a może nie mający argumentów finansowych) musieli odpaść. W ostatecznym rozrachunku okazało się jednak, że każdy został usatysfakcjonowany i gdy powrót okazał się nieuchronny, z żalem opuszczaliśmy to miejsce ..."